Forum Forum przeniesione na http://mprm.nazwa.pl/ Strona Główna Forum przeniesione na http://mprm.nazwa.pl/
Młodzi Przyjaciele Radia Maryja
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Nabożeństwo pierwszych sobót

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Forum przeniesione na http://mprm.nazwa.pl/ Strona Główna -> Czytelnia
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Łukasz L.
Gość





PostWysłany: Wto 3:05, 19 Lut 2008    Temat postu: Nabożeństwo pierwszych sobót

Nabożeństwo pierwszych sobót


Siostra Łucja napisała w swych "Wspomnieniach": "Dnia 10 grudnia 1925 r. zjawiła się Najświętsza Panna w Pontevedra, a z boku w jasności Dzieciątko. Najświętsza Dziewica położyła Łucji rękę na ramieniu i pokazała cierniami otoczone serce, które trzymała w drugiej ręce. Dzieciątko powiedziało: 'Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał...'.

Potem powiedziała Najświętsza Panna: 'Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię św., odmówią jeden różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia'".
"Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał" - to słowa Jezusa.
"Ofiarujcie się za grzeszników", "Przychodzę prosić o zadośćuczynienie" - to prośby Maryi.
Zauważmy: Syn i Matka mówią o tym samym, ale inaczej. Jezus mówi o bólu Maryi - nic dziwnego, przecież jest Synem, który kocha... Maryja mówi o grzesznikach, których czeka wieczne cierpienie - też nas to nie dziwi, skoro najwięcej uwagi poświęca tym spośród swoich dzieci, które "chorują na potępienie". Wyciągać ciernie (o co prosi Jezus) to ofiarować się za grzeszników i wynagradzać za nich (o co prosi Maryja). Więcej, mamy czynić to tak doskonale, że grzesznik zmieni życie i z zadającego cierpienie sam stanie się kojącym ból, z szargającego imię Matki stanie się Jej obrońcą, z idącego na potępienie stanie się wspinającym się ku Niebu! A wówczas Matka Bolesna staje się Matką Radosną...
W jaki sposób możemy zamienić smutek Matki w radość? Jej Boski Syn zaproponował najlepsze lekarstwo na ból Serca Maryi: praktykowanie nabożeństwa pierwszych sobót. To nabożeństwo inne niż wszystkie. Nie ma ono leczyć nas z naszych cierpień ani ratować nas w naszych potrzebach. Przez nawracanie grzeszników ma ono koić ból cierpiącej Matki. W jego orbicie jest miejsce tylko dla jednej osoby - dla kogoś godnego miłości większej niż największa, chwały potężniejszej niż najpotężniejsza i... ofiary większej niż najtrudniejsza. Piękne jest to nabożeństwo - nie ma w nim miejsca dla nas...
Jezus woła: miłość Niepokalanego Serca Maryi spotyka się ze wzgardą! Ludzie zatykają uszy na wołanie Matki, odwracają się plecami od światła, które płynie od Jej postaci. Mają życie, w których jest miejsce tylko dla nich samych, mają świat, w którym oni sami są dla siebie bogami... Nie potrzebują miłości, która wymaga. Nie chcą Matki, która ogranicza ich samowolę. Płyną wygodnie szerokim nurtem w dół rzeki, ku przepaści. Matka Najświętsza mówi: Trzeba ich ratować.
"Bóg zawierzył ludziom zbawienie ludzi" - uczył Jan Paweł II. Stąd nasz obowiązek wynagradzania. Mamy zadośćuczynić Maryi za ból, jaki sprowadzają na Nią grzesznicy. A boli Ją każdy krok postawiony przez Jej dzieci na drodze do piekła. Mamy Jej wynagradzać, to znaczy zrobić coś, co podniesie grzesznika, przestawi jego życie na inny tor, pchnie zdumionego w krajobrazy świętości. W jaki sposób możemy to uczynić? Tylko przez zadośćuczynienie. Aby być tego godnym, sami winniśmy najpierw odciąć się od grzechu - nie być jednym z tych, którzy wbijają ciernie! A potem wielkość ich obojętności, a nawet nienawiści wyzerować, kładąc na drugą szalę więcej miłości i oddania. A wówczas świat grzeszników pochylony dotąd w stronę piekła przechyli się w kierunku Nieba i czymś naturalnym stanie się dla nich życie tylko dla Boga. Matka Bolesna zaś staje się Matką Radosną...
To jest prawdziwe wynagrodzenie.

Wincenty Łaszewski

Źródło: [link widoczny dla zalogowanych], 13-14 października 2007 r.


Ostatnio zmieniony przez Łukasz L. dnia Nie 8:43, 24 Lut 2008, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Łukasz L.
Gość





PostWysłany: Wto 3:05, 19 Lut 2008    Temat postu:

Warunki odprawienia nabożeństwa pierwszych pięciu sobót miesiąca:

1. Spowiedź w intencji wynagradzającej w pierwszą sobotę miesiąca (lub kilka dni przed, lub po).
2. Komunia Święta w pierwszą sobotę miesiąca - również w intencji zadośćuczynienia.
3. Różaniec wynagradzający w pierwszą sobotę miesiąca.
4. Piętnastominutowe rozmyślanie nad tajemnicami różańcowymi (jedną lub kilkoma) w pierwszą sobotę miesiąca.


Źródło: [link widoczny dla zalogowanych], 2-3 lutego 2008 r.


Ostatnio zmieniony przez Łukasz L. dnia Nie 8:43, 24 Lut 2008, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Łukasz L.
Gość





PostWysłany: Wto 3:06, 19 Lut 2008    Temat postu:

Cud słońca w Fatimie
Wielki znak na niebie


Nasze refleksje nad jednym z największych cudów, jakie odnotowała historia, rozpocznijmy od pewnej istotnej uwagi. Wbrew powszechnemu przekonaniu fenomen słoneczny nie pojawił się w Fatimie dopiero 13 października 1917 roku. Ponieważ październikowy cud jest nam najbardziej znany, jego spektakularność skutecznie przesłoniła coś, co możemy uznać za dużo ważniejsze - coś, o czym należałoby mówić więcej niż o słonecznym tańcu na niebie podczas ostatniego objawienia w Fatimie. Chodzi o wcześniejszą - i niosącą głębsze przesłanie - obecność słońca w objawieniach fatimskich. Tak, blask słońca i jego promienie są obecne w tych objawieniach od pierwszego spotkania Łucji, Franciszka i Hiacynty z Matką Najświętszą. I niosą nam ze sobą niezwykłe orędzie.

Przywołajmy scenę pierwszego objawienia w Fatimie. 13 maja 1917 r. trójka dzieci pasła powierzone im stado owiec. Było południe, gdy Łucja i jej kuzyni znajdowali się na łagodnym stoku Doliny Pokoju, w miejscu, w którym dziś wznosi się ku niebu stara fatimska bazylika. Przerażone nieoczekiwanym błyskiem światła na niebie - myśląc, że nadciąga burza - zaczęły zbiegać. Minęło pewnie nie więcej niż pół minuty, gdy dobiegły do miejsca, w którym dziś stoi kolumna z cudowną figurą Matki Bożej Fatimskiej. Tam przed dziewięćdziesięciu laty rósł niewielki dąb skalny, a na nim... znowu błysnęło światło. Łucja zapisała we wspomnieniach: "Ujrzeliśmy na skalnym dębie Panią w białej sukni, promieniującą światłem jaśniejszym od słońca. Byliśmy tak blisko, że znajdowaliśmy się w obrębie światła, które Ją otaczało lub którym Ona promieniowała, mniej więcej w odległości półtora metra. Potem powiedziała do nas nasza Droga Pani: 'Nie bójcie się, nic złego wam nie zrobię'".
W ten sposób rozpoczęło się "największe objawienie od czasów apostolskich" (ks. R. Fox). Znamienne, że Matka Boża ukazała się trojgu pastuszkom "cała ze światła". Kiedy później proszono Łucję, by opisała postać Matki Najświętszej, wizjonerka mówiła, że Maryja była światłem. Jej postać, szata, nawet złote obszycie płaszcza - wszystko było blaskiem słońca. Jedna tylko rzecz - dodała wizjonerka - była czarna, jak wypalona: to ciernie oplatające Jej Serce i wbijające w nie swe ostre kolce.
Potem Siostra Łucja wyjaśniała, że to światło było Bogiem. Bycie w kręgu tego światła to bycie w Niebie. Tak właśnie czuły się dzieci fatimskie. Ich bycie blisko Maryi było obcowaniem z samym Bogiem. Zaś tam, gdzie nie ma Boga, gdzie nie sięga światło, które dzieci oglądały w Fatimie, tam jest piekło. Jego symbolem była czerń cierniowej korony oplatającej Niepokalane Serce.

Niewiasta obleczona w słońce
Maryja, "cała ze światła", ukazała się dzieciom w Fatimie jako "Niewiasta obleczona w słońce"; obraz ten znamy z dwunastego rozdziału Księgi Apokalipsy św. Jana. Tym samym wątek apokaliptyczny, który tak wyraźnie doszedł do głosu w objawieniu październikowym (świadectwa ukazują nam reakcje ludzi przerażonych, że zbliża się koniec świata), pojawił się już na samym początku fatimskich wydarzeń. Co ciekawe, wydźwięk pierwszego (powiedzmy wprost: głównego) wątku apokaliptycznego przynosi pokój, nie lęk. Bo obleczona w słońce Pani z Fatimy, umieszczając dzieci w kręgu swego blasku, nie tylko powiedziała im: "Nie bójcie się", ale też przekazała wizjonerom łaskę pewności zbawienia, dała odczuć wewnętrzną radość i pokój, zachwyciła Niebem. Nie ma spokojniejszego na świecie miejsca jak przy Apokaliptycznej Madonnie. Nawet wtedy, gdy wokół szaleć będzie piekło. Fatima ogłasza: w godzinie próby, w czasie oczyszczenia, pozostańcie blisko mnie, a będziecie bezpieczni.
W wiekach średnich te same prawdy wyrażał gest okrywania ludzi przez Maryję Jej niebieskim płaszczem. Ten, kto został "schowany" pod Jej opiekuńczy płaszcz, był bezpieczny, pewny zbawienia. Współcześnie Fatima zaproponowała inny obraz. Ciekawe, że jest w nim zawarty wątek apokaliptyczny... i to w rodzaju "spokojnej apokalipsy"!
Podczas objawień dzieci znajdowały się w kręgu Bożego światła, którym promieniowała postać Maryi, sama będąca tym światłem. Okazuje się, że na tym nie koniec fatimskiej teologii słonecznego blasku. Siostra Łucja pisała bowiem o tym, że światło słońca Bożego potrafiło nabrać jeszcze większej intensywności. W Fatimie Maryja trzykrotnie otwierała dłonie, kierując z nich promienie światła, z którego sama była utkana. Światło to przenikało do serc dzieci, rozpoczynając w nich dzieło "tkania Boga".
Promienie tryskające z rąk Najświętszej Maryi Panny spłynęły na dzieci trzykrotnie. Pierwszy raz stało się to 13 maja. Kiedy Maryja powiedziała: "Łaska Boża będzie waszą siłą", wówczas zdarzyło się coś niezwykłego. Łucja wspominała: "Wymawiając te ostatnie słowa, otworzyła po raz pierwszy ręce, przekazując nam światło tak silne, jak gdyby odblask wychodzący z Jej rąk. To światło dotarło do naszego wnętrza, do najgłębszej głębi duszy i spowodowało, żeśmy się widzieli w Bogu, który jest tym światłem, wyraźniej niż w najlepszym zwierciadle".
Drugi raz dzieci ujrzały te dziwne promienie w czerwcu, a towarzyszyły im słowa otuchy i nadziei skierowane do Łucji: "Nigdy cię nie opuszczę. Moje Niepokalane Serce będzie twoją ucieczką i drogą, która zaprowadzi cię do Boga". Łucja pisała: "W chwili, gdy wypowiadała te ostatnie słowa, otworzyła swoje dłonie i przekazała nam powtórnie odblask tego niezmiernego światła. W nim widzieliśmy się jak gdyby pogrążeni w Bogu. Hiacynta i Franciszek wydawali się stać w tej części światła, które wznosiło się ku niebu, a ja w tej, które się rozprzestrzeniało na ziemię".
Trzeci raz promienie wydobyły się z rąk Matki Najświętszej w lipcu, przy okazji słów: "Ofiarujcie się za grzeszników" - za ludzi, których los ujrzały w następującej po tych słowach wizji piekła. "Przy tych ostatnich słowach rozłożyła znowu swoje ręce jak w dwóch poprzednich miesiącach. Promień światła zdawał się przenikać ziemię i zobaczyliśmy jakby morze ognia. Zanurzeni w tym ogniu były diabły i dusze w ludzkich postaciach...".
Światło pojawia się raz jeszcze. Czytamy o nim na początku opisu trzeciej części tajemnicy fatimskiej: wówczas jego promienie gaszą ogień strącany na ziemię przez anioła mającego ukarać świat. "Zobaczyliśmy po lewej stronie naszej Pani, nieco wyżej, Anioła trzymającego w lewej ręce ognisty miecz; iskrząc się, wyrzucał języki ognia, które zdawało się, że podpalą świat, ale gasły one w zetknięciu z blaskiem, jaki promieniował z prawej ręki Naszej Pani w jego kierunku. Anioł, wskazując prawą ręką ziemię, powiedział mocnym głosem: 'Pokuta, Pokuta, Pokuta!'".
Łucja zanotowała, że promienie, które pojawiły się podczas trzech pierwszych fatimskich objawień, były źródłem umocnienia, poznania i pokochania Boga. Były też dowodem wstawienniczej mocy Maryi i Jej miłości (szczególnie widać to w opisie trzeciego sekretu).
Dodajmy jeszcze uwagę, że dzieci oglądały na niebie słoneczne znaki na rozpoczęcie i zakończenie każdego objawienia. Gdy Maryja zstępowała na ziemię, na niebie widać było błyskawice. Łucja pisała o nich: "Błyskawice te nie były jednak właściwymi błyskawicami, lecz odbiciem światła, które się zbliżało. Gdyśmy widzieli to światło, mówiliśmy nieraz: Widzimy przychodzącą Naszą Panią". Zwróćmy uwagę, że raz jeden nie były to znaki oglądane jedynie przez dzieci. Kiedy 13 sierpnia wizjonerzy, porwani przez administratora okręgu, do którego należała Fatima, nie pojawili się pod skalnym dębem w Dolinie Pokoju, oczekujący na objawienie ludzie widzieli w południe błyskawicę rozjaśniającą niebo; potem dostrzegli jeszcze ruch liści na drzewie objawienia (jakby ktoś postawił na nich stopę) i wszystko powróciło do normalnego stanu. Maryja dała znak, że chciała pojawić się w umówionym miejscu i czasie, po czym odeszła do Nieba.
Łucja wspomina też, że gdy kończyły się kolejne objawienia, Matka Najświętsza zaczynała unosić się w stronę wschodu, by w końcu zniknąć w dali, "w nieskończonej odległości". Dodawała: "Światło, które Ją otaczało, zdawało się torować Jej drogę do przestworzy niebieskich. Z tego powodu mówiliśmy nieraz, że widzieliśmy, jak się niebo otwierało".
Tak oto wszystko, co w Fatimie ważne, jest związane ze słońcem. Tyle że ten wielki świetlany znak, od początku towarzyszący objawieniom, przeznaczony był dla ludzi zdolnych do refleksji teologicznej, i to możliwej dopiero po 1973 r., kiedy to cytowane refleksje Siostry Łucji ukazały się drukiem. Może ten "cud", wcześniejszy niż październikowy cud słońca, zakryty przed ludźmi ponad pół wieku, był rzeczywiście przeznaczony szczególnie dla nas? Może to nad nim winniśmy pochylić się z większą uwagą niż nad spektakularnym cudem, który wydarzył się 13 października?

"Łucja" znaczy "światło"
Możemy wskazać na jeszcze inny fatimski element powiązany ze słońcem. Jest nim główna wizjonerka: ta, która jako jedyna nie tylko widziała Matkę Najświętszą, ale rozumiała wszystko, co mówiła Maryja, więcej - rozmawiała z Nią. Chodzi oczywiście o Siostrę Łucję. (Hiacynta słyszała, nie rozumiejąc, i w ogóle się nie odzywała, zaś Franciszek oglądał tylko Matkę Najświętszą - i ukazywane przez Nią wizje - ale nie słyszał wypowiadanych przez Nią słów.)
Tak naprawdę Siostra Łucja powinna nazywać się Maria Rosa dos Santos. W tamtych czasach w Portugalii istniał zwyczaj, że dziecko otrzymywało na chrzcie imię swojej matki chrzestnej, a tą była dla Łucji zaprzyjaźniona z rodziną Santosów Maria Rosa. Stało się jednak inaczej. Przed wejściem do kościoła ojciec chrzestny, a był nim niejaki Anastacio Vieira, wziął ojca Łucji na bok i zapytał, jakie imię otrzyma dziecko na chrzcie. Usłyszawszy, że dziecko będzie miało na imię Maria Rosa, powiedział: "Nie! Ona musi mieć na imię Łucja". I tak się stało. Ojciec, zapytany podczas ceremonii chrzcielnej o imię dziecka, powiedział "Łucja od Jezusa". Uczynił to tak nieśmiało, że kapłan musiał zapytać go raz jeszcze. Polewając główkę niemowlęcia, ogłosił: "Łucjo, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen". I stało się: najmłodsze dziecko państwa Santosów zostało u Boga i u ludzi naznaczone imieniem św. Łucji.
Po wyjściu ze świątyni rodzice usłyszeli całą lawinę pytań. Nie brakowało wyrzutów: "Łucja [portugalskie "Lucia" (Lusija)]... To przywołuje na pamięć Lucyfera! Dlaczego nie dostała na imię Maria Rosa?".
W dniu 30 grudnia 1967 r. Siostra Łucja pisała do przyjaciółki: "Gdy chodzi o moje imię, to naprawdę jestem Maria Lucia de Jesus e de Cora?čo Immaculado (Marią Łucją [od] Jezusa i Niepokalanego Serca). Zawsze je skracam, podpisując się po prostu jako Siostra Łucja. Myślę, że nigdy nie powinno ono być bez 'Jezusa', bo wzięło się ono od mojego imienia otrzymanego na chrzcie. A to, co dla mnie najważniejsze, to być całą Jezusa, wiernie, z miłością i bez ograniczeń.
Poza tym bardzo lubię to, co się ukrywa pod tym imieniem - Gwiazda, Światło Jezusa i Niepokalanego Serca. Trzeba żyć w Świetle, aby móc przekazywać je światu i sprawić, by jaśniało w ciemnościach, jakie spowijają świat, aby przez wiarę, nadzieję i miłość obudzić ludzi ze snu śmierci i wzbudzić ich do życia, którym jest Chrystus".
Te myśli były tak mocno wyryte w sercu Łucji, że 20 lutego 1966 r. nie zawahała się podpisać listu do swej dawnej przełożonej z klasztoru w Tuy matki Cunha Mattos w taki niezwykły sposób: "Światło Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi".
Rzeczywiście, Siostra Łucja była światłem Jezusa i Niepokalanego Serca Jego Matki. Była świadkiem Fatimy. Była światłem Fatimy.

Wincenty Łaszewski

Źródło: [link widoczny dla zalogowanych], 13-14 października 2007 r.


Ostatnio zmieniony przez Łukasz L. dnia Nie 8:43, 24 Lut 2008, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Łukasz L.
Gość





PostWysłany: Wto 3:06, 19 Lut 2008    Temat postu:

Proroctwo "słoneczne"


W dotychczasowych refleksjach otarliśmy się przez moment o treści apokaliptyczne, zasygnalizujmy więc w tym miejscu jeszcze jeden "apokaliptyczny" temat związany z Fatimą i niezwykłym zjawiskiem na niebie. Matka Najświętsza mówiła w lipcowym objawieniu: "Wojna zbliża się ku końcowi, ale jeżeli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to w czasie pontyfikatu Piusa XI rozpocznie się druga wojna, gorsza. Kiedy pewnej nocy ujrzycie nieznane światło, wiedzcie, że jest to wielki znak od Boga, że zbliża się kara na świat za jego liczne zbrodnie. Będzie wojna, głód, prześladowanie Kościoła i Ojca Świętego".

Proroctwo "słoneczne" spełniło się po dwudziestu latach, gdy nadeszła noc z 25 na 26 stycznia 1938 roku. Tamtej nocy mało ludzi spało. Wszyscy wpatrywali się w niebo, które stało w płomieniach. Całe sklepienie niebieskie gorzało purpurowym ogniem. Łunę na niebie można było oglądać od bieguna północnego aż po Adriatyk. To niesamowite światło widziano także Afryce i w niektórych krajach Azji i Ameryki. "Zorza polarna", jak nazwały to media, ze szczególnym nasileniem pojawiła się w Belgii, Hiszpanii, na Węgrzech, w Polsce i Grecji.
Oto kilka świadectw mówiących o tym, co wydarzyło się tamtej nocy. Pierwsze to notatka prasowa pochodząca z dziennika "Daily Telegraph" z dnia 26 stycznia 1938 roku. "Ostatniej nocy pojawiła się na niebie wspaniała zorza polarna. Osiągnęła taką jasność, jakiej nie widziano od wielu lat, i była widoczna w miejscach, gdzie nie widziano jej od niepamiętnych czasów... Zjawisko widoczne ubiegłej nocy było tak intensywne, że można było je oglądać w Brytanii, Holandii, Belgii, Portugalii, Włoszech, Szwajcarii...".
Według sprawozdania przekazanego w "Daily Telegraph", zorza pokazała się około godziny 18.30 i była widoczna od 30 minut do 4 godzin. Niebo było rozjaśnione karmazynową poświatą, stopniowo przechodzącą w fiolet. Następnie utworzyły się dwa czerwone żarzące się łuki, które nie przestawały strzelać snopami białego światła. Gdzieniegdzie niebo zabarwiało się pięknymi odcieniami zieleni, różu i błękitu.
Z Aberdeen podawano, że na morzu "aurora borealis" (łacińska nazwa zorzy polarnej) zamieniła noc w dzień. Biuletyn Francuskiego Towarzystwa Astronomicznego podał następujący opis tego zjawiska: "Przyciągające uwagę, blade, niebiesko-zielone światło rozciągało się na niebie od północnego wschodu do północnego zachodu. Ponad nim niebo zaczęło jaśnieć ogniem i pojawił się nieregularny czerwony łuk... ogromne promienie, których kolor zmieniał się od krwistej do pomarańczowej czerwieni, a potem do barwy żółtej, wznosiły się ku zenitowi nieba, otaczając gwiazdy".
Kolejne świadectwo, już nie dziennikarskie ani naukowe, pochodzi z zapisków kronikarskich jednej z mieszkanek miejscowości Żmiąca koło Częstochowy: "Dnia 25 stycznia 1938 (w kalendarzu kościelnym - Nawrócenie św. Pawła Apostoła) wieczorem od godziny 9 (...) obserwowaliśmy tę uroczą, a groźną zorzę polarną. Ludzie myśleli, że będzie koniec świata! W jednym domu w Żmiącej widzą przez okno to groźne zjawisko i wszyscy modlą się ze strachu, tylko gospodarz stoi i nie modli się. Wtem słychać w kominie ich domu ogromny łoskot. Chłop wtedy pada na kolana i głośno żałuje za grzechy, sądząc, że to koniec świata, i że jego chałupa już się zaczyna zawalać i pagórek sąsiedni wnet ich przykryje. Pokazało się, że to ich kot wpadł do komina i zrobił ten ramot. Starzy ludzie powiadali wtedy, że będzie z tego wojna! Bo tak dawniej bywało, że jak na Nawrócenie św. Pawła na niebie czerwono w nocy, to z tego zaraz wojna w tym roku".
A co na to Siostra Łucja? W swym "Trzecim wspomnieniu" (spisanym w 1939 r.) zanotowała takie słowa skierowane do biskupa diecezji Leiria José Alvesa Correira da Silva: "Wasza Ekscelencja pamięta, że kilka lat temu Bóg dał znak, który spodobało się astronomom nazwać zorzą polarną. Jeśli jednak dobrze się nad tym zastanowią, dojdą do wniosku, że w takiej postaci, w jakiej się ukazała, nie była to i nie mogła być zorza. Ale jakkolwiek było, podobało się Bogu w ten sposób dać mi do zrozumienia, że Jego sprawiedliwość gotuje się zesłać karę na grzeszne ludy i tym samym domaga się usilnie Komunii wynagradzającej w pierwsze soboty i poświęcenia Rosji.
Jego celem było nie tylko uzyskanie miłosierdzia i przebaczenia dla całego świata, ale przede wszystkim dla Europy. Bóg w swoim nieskończonym miłosierdziu dał mi odczuć, że ta straszliwa chwila nadchodzi i Wasza Ekscelencja wie, jak o tym we właściwym czasie donosiłam. Nadal twierdzę, że modlitwy i pokuta czynione w Portugalii jeszcze nie przebłagały Boskiej sprawiedliwości, bo nie towarzyszyły im ani żal, ani poprawa".
Znowu mamy zjawisko związane z Fatimą, słońcem i apokalipsą. A w świetle słów Siostry Łucji ten oglądany przez całą Europę cud związany był z fatimskim apelem o nawrócenie i pokutę. Wezwanie do porzucenia grzechów będzie prologiem październikowego cudu słońca, tym samym łącząc w jedno cud z 1917 i 1938 roku.

Wincenty Łaszewski

Źródło: [link widoczny dla zalogowanych], 13-14 października 2007 r.


Ostatnio zmieniony przez Łukasz L. dnia Nie 8:42, 24 Lut 2008, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Łukasz L.
Gość





PostWysłany: Wto 3:06, 19 Lut 2008    Temat postu:

Znaczenie wizji


Spróbujmy wyjaśnić sens teologiczny cudu słońca.

Jeśli powiemy, że jest on podpisem Pana Boga pod objawieniami w Fatimie, to od razu otrzymamy odpowiedź na pytanie o cel tego fatimskiego cudu. Miał on uwiarygodnić wszystkie apele Matki Bożej i sprawić, by ludzie w nie "uwierzyli". Potwierdza to sama Matka Najświętsza, mówiąc w lipcu 1917 r.: "W październiku uczynię cud, aby wszyscy uwierzyli". Ten sam element pojawia się w słowach bezpośrednio poprzedzających cud słońca. Maryja ogłasza: "NIECH LUDZIE WIĘCEJ NIE OBRAŻAJĄ BOGA. JUŻ I TAK ZOSTAŁ BARDZO OBRAŻONY!".
Tym samym to, co nastąpiło za moment, było dramatycznym obrazowym wezwaniem skierowanym do ludzi, aby porzucili życie w grzechu.
W ostatnich słowach Matki Najświętszej ogłoszonych w Fatimie pojawia się coś jeszcze. Słyszymy w nich dalekie echo apokaliptycznej przestrogi. Bóg jest już tak bardzo obrażony, że jeśli ludzie nie przestaną go dalej znieważać swymi grzechami, to... Matka Boża jakby nie kończy zdania. Zamiast niego ukazuje ludziom obraz, który przemawia lepiej niż słowa. Każe dać słońcu znak, że nad ziemią zawisło widmo kary. Taka interpretacja ostatnich słów Matki Bożej Fatimskiej i wielkiego cudu słońca jest dziś uwiarygodniona dodatkowym argumentem. Znamy już treść trzeciego sekretu fatimskiego, tam zaś jest mowa o warunkowej karze, jaka czeka ludzkość: morze ognia spadnie na ziemię i podpali świat. Zapytajmy: Czy taniec słońca nie jest jego symbolem?
Mamy wiele powodów, by uważać, że przesłaniem opisywanego cudu jest wątek apokaliptyczny. Można by ukuć termin "warunkowo apokaliptyczny", bo jest on uzależniony od naszego wypełnienia żądań Matki Bożej Fatimskiej. Być może chodzi nawet o wątek wprost apokaliptyczny (związany z powtórnym przyjściem Jezusa). Tak uważa np. ks. Stefano Gobbi, jeden z najbardziej wpływowych wizjonerów XX wieku. Przytaczając treść jednego z objawień otrzymanych od Matki Najświętszej, tłumaczy on: "Maryja wyjaśnia: 'Cud słońca dokonany w Fatimie w czasie Mojego ostatniego objawienia się wskazuje, że weszliście obecnie w czasy, w których spełniają się wydarzenia przygotowujące was na powrót Jezusa w chwale. 'Wówczas ukaże się na niebie znak Syna Człowieczego i wtedy będą narzekać wszystkie narody ziemi; i ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego na obłokach niebieskich z wielką mocą i chwałą'. (...) Chciałam was pouczyć o znakach podanych wam przez Jezusa w Ewangelii, aby was przygotować na koniec czasów. Właśnie w waszej epoce mają się one zrealizować'".
Są też tacy, którzy dostrzegają w cudzie słońca inne cele. Jednym z nich miałoby być osłabienie rządów portugalskiej masonerii. Przypomnijmy fakty. Główne masońskie siły rządzące w tym czasie w Portugalii skupiały się w tajnej organizacji "Carbonaria", której założycielem był inż. Antonio de Silva. 13 października 1917 r. Silva ujrzał w Fatimie cud słońca. Dzięki temu stał się jednym z pierwszych masonów, którzy się nawrócili i zaczęli mówić o konieczności pojednania z Kościołem. Nie spodobało się to wielu jego towarzyszom. Zniesławiono go, obrzucono obelgami, planowano nawet zamach na jego życie. Ponieważ wielu ateistów nawróciło się bezpośrednio po cudzie, rząd próbował oczyścić się z tych elementów, które mogły "ulec" Fatimie. Sięgał po najróżniejsze (także bardzo radykalne) środki, nie zdołał jednak odzyskać swego dawnego autorytetu ani przywrócić swej wcześniejszej jedności i siły. W Fatimie Matka Boża zadała masonerii śmiertelną ranę...
Jak patrzeć na takie i podobne przemyślenia? Odpowiedzi udzielił kiedyś ks. Mirosław Drozdek, kustosz Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej w Zakopanem. Powiedział: "Szkoda czasu na takie refleksje. Matka Najświętsza powiedziała nam wprost tyle rzeczy, postawiła przed nami tyle zadań, że mamy co robić. Fatima to apel skierowany osobiście do każdego z nas. Najpierw musimy się nawrócić, chwycić za różańce, odprawiać nabożeństwo pierwszych sobót, poświęcić się Maryi... Kto zrobi to wszystko do końca, ten może zacząć zastanawiać się nad tym, co jeszcze kryje się w orędziu fatimskim. Ale - powtarzam - najpierw niech wypełni wszystko, co już o Fatimie wiadomo, co jest pewną drogą do nieba".
Dlatego ważniejsze jest to, co widziały nie tłumy, lecz trójka małych wizjonerów.

Wincenty Łaszewski

Źródło: [link widoczny dla zalogowanych], 13-14 października 2007 r.


Ostatnio zmieniony przez Łukasz L. dnia Nie 8:42, 24 Lut 2008, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Łukasz L.
Gość





PostWysłany: Wto 3:07, 19 Lut 2008    Temat postu:

Co widziały dzieci?


Fatimski cud słońca to tylko jedna część październikowego objawienia. Istnieje jeszcze druga - może mniej spektakularna, ale ważniejsza. To potrójna wizja, którą podczas cudu słońca oglądali wizjonerzy.

W swoich wspomnieniach o ostatnim objawieniu w Fatimie Siostra Łucja napisała: "Kiedy nasza Pana zniknęła w nieskończonej odległości firmamentu, zobaczyliśmy po stronie słońca św. Józefa z Dzieciątkiem Jezus i Matkę Bożą ubraną w bieli, w płaszczu niebieskim. Zdawało się, że św. Józef z Dzieciątkiem błogosławi świat ruchami ręki na kształt krzyża. Krótko potem ta wizja zniknęła i zobaczyliśmy Pana Jezusa z Matką Najświętszą. Miałam wrażenie, że jest to Matka Boża Bolesna. Pan Jezus wydawał się błogosławić świat w ten sposób, co św. Józef. Znikło i to widzenie i zdaje się, że jeszcze widziałam Matkę Bożą Karmelitańską".
Wizję oglądaną przez pastuszków możemy podzielić na trzy części. Najpierw ukazuje się im św. Józef z Dzieciątkiem Jezus i Matką Bożą w bieli, okrytą niebieskim płaszczem. To Święta Rodzina. Następnie ukazuje się Pan Jezus i Maryja jako Matka Bolesna. Wreszcie dzieci widzą Matkę Bożą Karmelitańską.
Trzy wizje... Jeden z wielkich autorytetów Fatimy - ks. Luigi Bianchi, widział w nich odniesienie do różańca. Pisał: "Trzy części Różańca: radosna, bolesna i chwalebna, znajdują niezwykłe wyjaśnienie w potrójnej wizji z 13 października 1917 roku.
W tym ostatnim objawieniu pojawia się najpierw Matka Boża ze św. Józefem. Święta Rodzina wskazuje nam na tajemnice radosne.
Z kolei ukazuje się Jezus i Matka Boża Bolesna. Ta wizja zwraca naszą uwagę na tajemnice bolesne.
Wreszcie pojawia się na niebie Matka Boża Szkaplerzna ukazująca nam tajemnice chwalebne...".
Interpretacja jest o tyle przekonująca, że Matka Boża Fatimska wciąż podkreślała znaczenie modlitwy różańcowej. Siostra Łucja, zapytana, czego żądała Matka Boża w Fatimie, odpowiedziała: "Odmawiania różańca". Podobnie inna wizjonerka, Hiacynta, pytana: "O co najbardziej prosiła Matka Boża?", odpowiedziała: "O codzienne odmawianie różańca". Nic dziwnego, że Papież Pius XII, przemawiając przez radio do pielgrzymów zebranych w Fatimie na zakończenie obchodów srebrnego jubileuszu objawień, podkreślał szczególnie konieczność "odmawiania różańca, tak gorąco polecanego przez Matkę Bożą Fatimską".
Być może w wizji oglądanej przez dzieci jest obecny wątek różańcowy. Można mieć jednak wątpliwość, czy na pewno obraz Matki Bożej z Góry Karmel wskazuje na Tajemnice Chwalebne Różańca. Dodatkowym problemem jest ubogacenie tej modlitwy przez Jana Pawła II o dodatkową część: Tajemnice Światła...
Może więc lepiej spróbować odpowiedzieć na pytanie o sens kolejnych wizji.

Dlaczego Święta Rodzina?
Kościół uczy, że Pismo Święte trzeba interpretować jako całość. Podobnie jako całość muszą być interpretowane fatimskie objawienia. Nie można przyjmować tylko wyrywkowo pewnych treści fatimskich, np. mówić o wymiarze politycznym (nawrócenie Rosji), a pomijać choćby obowiązek osobistego nawrócenia. Należy połączyć w jedno treści dotyczące Najświętszego Serca Jezusa zjednoczonego z Sercem Jego Matki, z Miłosierdziem Bożym, z kultem Niepokalanego Serca Maryi, a także z Eucharystią i z innymi elementami, takimi jak odmawianie Różańca, posłuszeństwo Papieżowi czy przyjmowanie cierpień w intencji zbawienia grzeszników. Do tych treści dochodzi też ukazanie się Świętej Rodziny podczas październikowego cudu słońca. Gdy mówi się o treści objawień fatimskich, trzeba zawsze dodać kilka słów o wezwaniu Matki Bożej Fatimskiej do uświęcenia naszych rodzin.
Apel docierający z Fatimy jest ważnym głosem Nieba w czasach, gdy środki masowego przekazu prześcigają się w emisji programów antyrodzinnych, wyzwalających agresję i przemoc. Tylko rodzina - mówią jednym głosem Fatima i Rzym - może ocalić świat. Kościół ostrzega, że pogłębiający się kryzys rodziny prowadzi do szybkiej zagłady cywilizacji. Przetrwać może tylko cywilizacja miłości niesiona w jutro świata w najmniejszych komórkach Kościoła: w rodzinach. Fatima ogłasza: Zwycięstwo cywilizacji miłości jest uzależnione od odpowiedzi, jaką na współczesne zagrożenia dadzą nasze rodziny.
Katechizm Kościoła Katolickiego uczy, że rodzina musi być wyspą wiary i miłości w świecie pełnym zła i nienawiści. Gdy tak się stanie, Bóg będzie miał gdzie postawić swą stopę, by zacząć działać wśród nas i wypełnić jedną z najpiękniejszych zapowiedzi apokaliptycznych: "I morza już nie ma" (Ap 21, 1). Zniknie morze, które jest symbolem zła zalewającego świat. Jego osuszenie będzie możliwe dzięki rodzinom - suchym wyspom, wyspom obcym grzechowi!
Na ten trud zachowania wiary, wytrwania w miłości, ocalenia tego, co jest tradycyjną wartością życia ludzkiego, błogosławi nam z Fatimy św. Józef - głowa Świętej Rodziny.
On jest w centrum pierwszej wizji oglądanej przez dzieci. Jest to wzór niezwykły, gdyż wskazuje na piękno, znaczenie i owoce zjednoczenia z Matką Najświętszą. Święty Józef był człowiekiem najbliższym Maryi. Upodobnienie się do niego oznacza życie w kręgu Boskiego światła, jakim promieniuje Matka Najświętsza. Oznacza wielką świętość. Taka świętość potrafi zmienić oblicze świata!

Dlaczego Matka Boża Bolesna?
W drugiej wizji oglądanej przez fatimskich pastuszków ukazała się Matka Boża Bolesna.
Pobożność średniowieczna, rozważając tajemnice życia Maryi, mówiła o siedmiu boleściach Matki Bożej: 1) przepowiednia Symeona, 2) ucieczka do Egiptu, 3) zgubienie dwunastoletniego Jezusa, 4) droga krzyżowa, 5) stanie pod krzyżem, 6) zdjęcie z krzyża, 7) złożenie do grobu. Wszystkie je można sprowadzić do pierwszego proroctwa biblijnego: "Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę..." (Rdz 3, 15). Jej życie, choć niepokalane, nie było pozbawiane cierpień.
Boleść Maryi nie jest prawdą marginalną, cierpienie Jej jest bowiem ściśle powiązane z prawdą o Jej roli jako Współodkupicielki. Kościół uczy, że współcierpienie Maryi z Jezusem stało się częścią dzieła odkupieńczego i współwysłużyło nam zbawienie.
Kult Matki Bolesnej utwierdziły w Kościele Różaniec (część bolesna), Droga Krzyżowa (stacja IV i XIII), Litania Loretańska (wezwanie Królowej Męczenników) oraz sekwencja Stabat Mater. W Polsce funkcję tę pełnią dodatkowo Gorzkie Żale.
Dziś Fatima zdaje się podkreślać nie tyle "historyczny", ile "współczesny" ból naszej niebieskiej Matki. Wiemy, że podczas objawień w 1917 r. Matka Boża była zawsze smutna. Ból i łzy, jakie dzieci widziały na Jej twarzy, miały w sobie jedno tylko źródło: Ona płacze z tego powodu, że wiele dusz idzie na wieczne potępienie. Ona płacze dlatego, że wiele Jej dzieci idzie do piekła.
Znowu pojawia się element apokalipsy - teraz mówi on o ostatnim cierpieniu będącym konsekwencją naszych grzechów: o piekle. Maryja jest Matką Bolesną, bo boli Ją wieczne cierpienie ogromnej rzeszy ludzi, których Bóg powołał do życia z miłości i z myślą, że będzie mógł dać im życie wieczne w doskonałym zjednoczeniu z Sobą - z Tym, który jest źródłem jedynego, prawdziwego szczęścia. Gdy człowiek odrzuca ten dar i to przeznaczenie, Matka Najświętsza płacze. Gdy czynią tak tysiące, miliony ludzi, Maryja staje się Matką Bolesną. Dziś - mówi Fatima - jest Ona właśnie taką, i to bardziej niż w czasach jakichkolwiek wcześniejszych ludzkich pokoleń.
Ale Fatimy nie zamyka ukazanie boleści Matki. Jest jeszcze trzecia wizja: na tle słońca pojawia się Matka Boża Szkaplerzna.

Dlaczego Matka Boża Szkaplerzna?
W ostatnim dniu objawienia - 13 października 1917 r., Matka Boża objawiła się jako Matka Boża Szkaplerzna, inaczej jako Matka Boża Karmelitańska. To dlatego, powiadają niektórzy, Siostra Łucja wstąpiła do Karmelu.
Trudno zrozumieć znaczenie szkaplerza, jeśli zapomni się o jego średniowiecznym rodowodzie. Powstał on w czasach, kiedy gest wzięcia kogoś pod płaszcz oznaczał prawną ochronę przez patrona, a także uznanie nieślubnego dziecka i nadanie mu swych rodowych praw. Tak na przykład trzeba rozumieć gest narzucenia przez biskupa swego płaszcza na św. Franciszka - "biedaczyna z Asyżu" znalazł w biskupie swego obrońcę i protektora. Do tego myślenia nawiązywała sztuka religijna, przedstawiając ludzi chroniących się pod płaszcz Matki Bożej.
Maryja - dając swój płaszcz lub udzielając pod nim schronienia - uznaje nas za swoje dzieci i niejako "legalizuje" nasze dziecięctwo, mimo że jesteśmy pełni grzechów i słabości. Wiemy, czym różni się życie prawowiernego dziedzica od nielegalnego potomka... Przez noszenie szkaplerza zapewniamy sobie dostęp do życia wiecznego.
Już najstarsza modlitwa Maryjna, "Pod Twoją obronę", w swej oryginalnej formie posiadała słowo "płaszcz". Pierwsze pokolenia chrześcijan, uciekając się do Najświętszej Maryi Panny, chroniły się pod "płaszcz miłosierdzia" Maryi. Wołały: "Pod płaszcz miłosierdzia Twego uciekamy się, Święta Boża Rodzicielko!".
Szkaplerz jest szatą Matki Najświętszej. Czy nie mówi nam on o znaczeniu oddania się pod opiekę Maryi i o wartości naszego poświęcenia się Jej Niepokalanemu Sercu, o którym tak wiele słyszymy w objawieniach fatimskich? On będzie dla nas "schronieniem i drogą, która zaprowadzi nas do Boga" - tak mówiła Maryja w czerwcowym objawieniu w Fatimie. On będzie dla nas gwarancją Jej pomocy i opieki. On otworzy przed nami niebo!
Wizja dzieci rozpoczyna się od wskazania na rodzinę, by następnie ukazać bezmiar grzeszności współczesnego świata, a na koniec ukazać jako ocalenie uciekanie się pod opiekę Maryi. Czy można krócej streścić wielkie orędzie z Fatimy w postaci takiej, jak ukazuje je Bóg w naszym pokoleniu?
Nie możemy zapominać, że rodzina jest drogą w przyszłość. Nie możemy pozwolić się oszukać, że popełniane przez nas zło nie ma żadnych dalszych konsekwencji.
Dziś nie możemy zrezygnować z Maryi!

Wincenty Łaszewski

Źródło: [link widoczny dla zalogowanych], 13-14 października 2007 r.


Ostatnio zmieniony przez Łukasz L. dnia Nie 8:42, 24 Lut 2008, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Łukasz L.
Gość





PostWysłany: Wto 3:07, 19 Lut 2008    Temat postu:

Siódme objawienie


Podczas swego pierwszego objawienia, w maju 1917 r., Matka Boża Fatimska nakreśliła pełny scenariusz swych kolejnych spotkań z małymi wizjonerami. Powiedziała: "Przyszłam was prosić, abyście tu przychodzili przez sześć kolejnych miesięcy, dnia trzynastego o tej samej godzinie. Potem powiem wam, kim jestem i czego chcę. Następnie wrócę jeszcze siódmy raz".

Nie wszyscy znają te słowa. Nic dziwnego, skoro Siostra Łucja zanotowała treść zapowiedzi siódmego objawienia tylko raz. Jej przekaz jest jednak z pewnością wiarygodny, gdyż ks. dr Formigao (przeprowadził pierwsze wywiady z wizjonerami) zapewniał w 1921 r., iż Hiacynta powiedziała, "że Matka Najświętsza powinna objawić się raz jeszcze, ale już nie jej, bo ona z pewnością do tej pory umrze".
Co wynika z cytowanych z słów Matki Najświętszej? Maryja zapowiada, że zstąpi na ziemię siedmiokrotnie. Co więcej, Jej wypowiedź wyraźnie odróżnia sześć pierwszych objawień od ostatniego. Wszystkie, z wyjątkiem siódmego, będą miały miejsce miesiąc po miesiącu, trzynastego dnia maja, czerwca, lipca, sierpnia, września i października. Słyszymy też, że spotkania z Wysłanniczką Nieba będą się odbywały w tym samym miejscu - w Cova da Iria. Wiemy również, że rozpoczną się zawsze o tej samej godzinie, co pierwsze objawienie - w południe.
Zwróćmy uwagę na to, że o siódmym objawieniu Matka Boża Fatimska mówi inaczej. Po pierwsze, wyraźnie odsuwa je w czasie. Nie tylko nie wymienia go jako kolejnego comiesięcznego spotkania z pastuszkami, ale też stawia wyraźną cezurę dzielącą pierwszą część objawień od drugiej. Ogłasza, że "potem" powie dzieciom, kim jest i czego oczekuje. Wiemy, że owo "potem" to moment poprzedzający październikowy cud słońca, kiedy to Maryja nazwała siebie Matką Bożą Różańcową i poprosiła, by ludzie przestali obrażać Boga grzechami. Dodajmy jeszcze, że z konstrukcji ostatniego zdania - inaczej niż wcześniejszych - nie wynika, iż Matka Najświętsza spotka się z całą trójką wizjonerów. Nie wiemy, komu Maryja objawi się po raz siódmy. Może to jakaś ukryta sugestia, że podczas siódmego spotkania będzie już tylko jeden wizjoner?
Do maja tego roku pytanie o siódme objawienie było dla fatimologów bardzo kłopotliwe. W niektórych publikacjach usuwano nawet zapowiadające je słowa Matki Najświętszej. To między innymi dlatego przyjęło się powszechne przekonanie, że objawienia fatimskie zakończyły się z październikiem 1917 r. i że składa się na nie sześć spotkań Matki Bożej z Łucją, Franciszkiem i Hiacyntą. Ale przecież w samym sercu majowego objawienia Maryja zapowiedziała, że przyjdzie do Cova da Iria siedem razy! Czyżby nie dotrzymała słowa? A może - jak chcieli niektórzy - siódmym objawieniem jest interwencja z Nieba, jaka miała miejsce w Pontevedra w 1925 r. i cztery lata później w Tuy, gdzie Matka Najświętsza przekazała Łucji dwa życzenia swego Syna: by zaprowadzić na świecie nabożeństwo pierwszych sobót i aby poświęcić Rosję Jej Niepokalanemu Sercu? Przecież Matka Boża zapowiada je w lipcu 1917 r.: "Przybędę, aby prosić o poświęcenie Rosji memu Niepokalanemu Sercu i o Komunię Świętą wynagradzającą w pierwsze soboty". Może majowa i lipcowa wzmianka o dodatkowym przyjściu Maryi dotyczy tego samego wydarzenia? Istnieje jednak pewna trudność. Gdyby chcieć widzieć w objawieniu w Pontevedrze i w Tuy siódme objawienie fatimskie, trzeba by mówić o jednym podwójnym objawieniu albo o jednym objawieniu podzielonym na dwie oddalone o cztery lata części. Przyznajmy, że nie wygląda to zbyt przekonująco. Ale ponieważ Matka Najświętsza dotrzymuje słowa, takie wyjaśnienie przez kilkadziesiąt lat wydawało się jedynie możliwe. Dziś wiemy, że mijało się ono z prawdą...

Niecodzienny wywiad
Był wieczór, 30 kwietnia 2007 roku. W kościele pod wezwaniem Najświętszego Sakramentu w Hanceville (stan Alabama w USA) doszło do niezwykłego spotkania kapłana określanego przydomkiem "Fatima Priest" i pewnej portugalskiej lekarki. Ten ksiądz to Robert Fox, założyciel Apostolatu Rodzin Fatimskich, pozostający wiele lat w bliskich kontaktach z Siostrą Łucją, z ks. Luisem Kondorem - wicepostulatorem sprawy beatyfikacyjnej fatimskich pastuszków, z rektorem sanktuarium w Fatimie ks. Luciano Guerrą, z ks. Mirosławem Drozdkiem i z innymi najważniejszymi postaciami Fatimy. Jego rozmówczynią była 57-letnia Branca Paul z Coimbry. W spotkaniu tych dwojga nie byłoby nic szczególnego, gdyby nie fakt, że pani Paul przez ostatnie piętnaście lat życia Siostry Łucji była jej osobistym lekarzem, odwiedzającym ją niemal codziennie i wiele z nią rozmawiającym. Branca Paul jest dla nas ważnym świadkiem, była bowiem obecna przy śmierci ostatniej wizjonerki z Fatimy. Okazuje się, że w celi Łucji pozostała też chwilę dłużej niż inni...
Spotkanie Robert Fox - Branca Paul trwało dwie i pół godziny. W pewnym momencie rozmowa zeszła na temat ostatnich chwil życia Siostry Łucji. Wtedy lekarka wspomniała o zapiskach wizjonerki, jakie odkryła w jej celi po śmierci. Wśród nich znajdował się osobisty dziennik, w którym pani Paul znalazła słowa o siódmym objawieniu.
Nie znamy szczegółów tej rozmowy (zarejestrowanej przezornie przez ks. Foksa na taśmie filmowej). 13 maja 2007 r. ks. Fox upublicznił wiadomość o rewelacjach przekazanych mu przez lekarza Siostry Łucji i zapowiedział, że obszerne fragmenty wywiadu ukażą się w czerwcowo-lipcowym numerze jego biuletynu "Fatima Family Messenger". Gdy jednak wyszedł on spod pras drukarskich, okazało się, że na próżno szukać tam jakiejkolwiek wzmianki o Brance Paul i siódmym objawieniu fatimskim. Dlaczego? Najlepiej będzie, gdy odpowiedzi na to pytanie udzielimy na końcu.

"Skradziona" informacja?
Mimo bardzo skąpych informacji, jakie dotarły do mediów, w środowiskach związanych z Fatimą zawrzało. Nic dziwnego, ujawnienie informacji o notatkach Siostry Łucji dotyczących siódmego objawienia jest przecież wydarzeniem historycznym. To bardzo ważna wiadomość, stanowi bowiem dowód na to, że Matka Najświętsza spełniła swą obietnicę i rzeczywiście przyszła do Cova da Iria po raz siódmy.
Zapytajmy od razu - w duchu posłuszeństwa Kościołowi - czy rzeczywiście mamy prawo mówić o "ujawnieniu" prawdy o siódmym objawieniu w Fatimie. Nie słyszymy o tym z ust przedstawicieli Kościoła, ale od prywatnej osoby, która w dzień jej śmierci przekartkowała notatki Siostry Łucji, z pewnością nieprzeznaczone do upublicznienia. Dziennik Siostry Łucji był najprawdopodobniej pisany z polecenia jej spowiednika i przeznaczony wyłącznie dla niego, by pomóc mu rozeznać drogi, którymi Bóg pragnie prowadzić jego niezwykłą penitentkę. To, co Siostra Łucja miała powiedzieć światu, było przez nią spisywane wbrew jej woli; zmuszał ją do tego nakaz władz kościelnych. Tylko jeden raz sama Siostra Łucja prosiła o opublikowanie swych refleksji nad orędziem fatimskim (chodzi o wydane w 2001 r. "Apele orędzia fatimskiego"). Kto zna duchowość wizjonerki, ten wie, że była ona nie tylko bardzo ostrożna w wypowiedziach, ale wręcz pełna lęku, by coś, o czym nie należy głośno mówić, nie zostało "wykradzione" i upublicznione. To dlatego tak bardzo nie chciała spisać treści tajemnicy fatimskiej... Uległa dopiero na wyraźne polecenie samej Matki Najświętszej. To dlatego też wizjonerka pozostała do końca bardzo powściągliwa wobec Branki Paul, która próbowała się z nią zaprzyjaźnić i zachęcić do zwierzeń. Okazuje się, że osobista lekarka Siostry Łucji nic nie wiedziała o objawieniach, jakie co chwilę miała jej pacjentka. Wiemy o tym z jej listów, z uśmiechów będących odpowiedzią na pytania odwiedzających ją biskupów czy wreszcie ze wspomnień jej współsióstr - świadków różnych "cudów" dziejących się wokół Siostry Łucji. Ale Branca Paul nie została przez nią wtajemniczona w jej życie duchowe.
Usłyszeliśmy więc coś nowego na temat siódmego objawienia... Nie jest to jednak oficjalne ujawnienie kolejnej prawdy o Fatimie. Będzie tak dopiero w dniu, gdy autorytety kościelne ujawnią treść zapisków Siostry Łucji i jej dziennika, do których nikt z zewnątrz nie ma dostępu. Z chwilą śmierci Siostry Łucji jej cela została zaplombowana, a rękopisy przekazane najprawdopodobniej w ręce ks. Luisa Kondora.
Nie mamy powodów, by kwestionować ujawnioną przez ks. Foksa informację. Wprawdzie Branca Paul nie zdążyła nam powiedzieć zbyt wiele, a - jak zaraz zobaczymy - fakty, które znamy skądinąd, zdają się pasować do tego "puzzla" wykradzionego z celi Siostry Łucji.

Wezwanie do posłuszeństwa Kościołowi
"Łucja miała wówczas czternaście lat" - powiedziała o siódmym objawieniu Branca Paul.
Jeżeli siódme objawienie fatimskie miało miejsce, gdy Siostra Łucja miała czternaście lat, to Matka Boża ukazałaby się jej pomiędzy marcem 1921 a marcem 1922 r. (Łucja urodziła się 22 marca 1907 r.).
Co wiemy z pism Siostry Łucji? Otóż to objawienie miało miejsce już po śmierci Franciszka i Hiacynty, kiedy w Cova da Iria nie było już śladu po skalnym dębie (wyciętym gałązka po gałązce przez pielgrzymów na relikwie), stała natomiast mała kaplica, która do dziś jest świadkiem modlitw czcicieli Matki Bożej Fatimskiej. Wiemy, że młoda Łucja poszła do Cova da Iria, by szukać rady w modlitwie. Poszła szukać tam światła z Nieba i pociechy Niepokalanego Serca Maryi, czuła się bowiem zagubiona, słysząc, że biskup polecił jej opuścić rodzinną Fatimę i wyjechać do dalekiego Porto, by w ten sposób ukryć ją przed ludźmi nieustannie szukającymi z nią kontaktu i wypytującymi dziewczynę o wszystkie szczegóły objawień fatimskich.
Najprawdopodobniej objawienie miało miejsce wiosną 1921 roku. Wtedy bowiem ksiądz proboszcz poinformował matkę Łucji, że ma zabrać ze sobą córkę i udać się do miasteczka Olival. Tam chciał się z nią spotkać wikariusz generalny diecezji fatimskiej.
Okazało się, że ksiądz wikariusz występował w imieniu biskupa. Prosił, by Łucja nie jechała do Lizbony ani do Santarem, dokąd rodzina planowała wysłać dziewczynkę, aby uwolnić ją od ludzi, którzy nieustannie jej szukali i męczyli ją pytaniami. Biskup chciał, by wizjonerka udała się do Porto, gdzie podjęłaby naukę w szkole prowadzonej przez siostry zakonne.
Wiemy, że matce Łucji nie podobał się ten pomysł. Zamieszkanie Łucji w Lizbonie było już załatwione, miejsce znane, ludzie przyjaźni. Porto było miastem obcym. Ale właśnie dlatego biskup wybrał Porto: "gdyż nikt nie zna tam Łucji".
Matka z oporami wyraziła w końcu zgodę. A co na to czternastoletnia Łucja? "Wolałabym pojechać do Lizbony, ale by uczynić to, o co prosi Jego Ekscelencja Biskup, i podporządkować się temu, co mówi matka, pojadę do Porto". Potem wytłumaczyła matce swą niełatwą decyzję - zgodziła się, "ponieważ biskup reprezentuje Boga".
Po wizycie w Olival Siostra Łucja bardzo cierpiała. Wprawdzie zgodziła się na wyjazd, ale gdzieś głęboko w sercu nosiła sprzeciw. Decyzja biskupa waliła w gruzy wszystko, co już sobie zaplanowała i ułożyła. Trudno było się jej z tym pogodzić. Dodajmy, że w tamtym okresie Łucja była jeszcze daleko w swej wędrówce do świętości. Wiemy z dokumentów ujawnionych przez Antonio Martinsa, że w młodej Łucji było jeszcze dużo pychy, uporu, egoizmu i tego, co nazywamy młodzieńczą niedojrzałością. Dlatego odgórna decyzja biskupa wywołała wewnętrzny bunt.
Nie minęło wiele dni od powrotu z Olival, gdy Łucja udała się do Cova da Iria, by szukać tam pociechy w Różańcu. Branca Paul mówi znowu: Gdy, cała we łzach, modliła się na miejscu objawień, "jakaś ręka dotknęła ją, a ona spojrzała w górę i zobaczyła Matkę Najświętszą".
Objawienie miało być krótkie. Maryja miała pochylić się nad Łucją i polecić jej, by okazała posłuszeństwo biskupowi. Treścią orędzia było posłuszeństwo przełożonym kościelnym, którzy reprezentują Boga. Stanowiło to z pewnością ważną wskazówkę na całe długie życie Siostry Łucji. Czy trzeba dodawać, że od wiosny 1921 r. fatimska wizjonerka zawsze i ochoczo okazywała posłuszeństwo swoim przełożonym? Wiedziała, że będąc im posłuszna, okazuje posłuszeństwo swej ukochanej Matce Najświętszej, która poleciła jej słuchać głosu Kościoła. Czy nie było to jednym z kluczowych elementów jej szybkiego wzrastania w świętości? Jak uczył Jan Paweł II: "Zapewniam was, że większy czyni się postęp przez krótki czas posłuszeństwa i uległości wobec Maryi niż przez całe lata osobistych wysiłków podejmowanych wyłącznie własnymi siłami". Siostra Łucja była posłuszna Kościołowi nawet wtedy, kiedy sprzeciwiała się temu jej cała natura - jak w przypadku polecenia, by spisała na kartce treść trzeciej części tajemnicy fatimskiej.

Objawienie dla nas...
Czas na krótkie podsumowanie. Chyba rzeczywiście wiemy już co nieco o siódmym objawieniu fatimskim, rewelacje Branki Paul znajdują bowiem potwierdzenie w różnych znanych nam dokumentach. Informacja ta niesie jednak z sobą jeszcze jedno przesłanie. Jest nią apel o okazanie posłuszeństwa Kościołowi dziś!
W tym momencie znamy już odpowiedź, dlaczego w czerwcowo-lipcowym numerze biuletynu ks. Foksa nie ma zapowiedzianego tekstu wywiadu z lekarką Siostry Łucji. Wszystko wskazuje na to, że zabronił tego Kościół, nakazując założycielowi Apostolatu Rodzin Fatimskich milczenie i surowo upominając panią Paul. Bo dziennik Siostry Łucji nie był pisany dla osób postronnych i przynajmniej na tym etapie Kościół nie ujawni jego treści. A my, zgodnie z przesłaniem siódmego objawienia, okazujemy tej decyzji kościelnych przełożonych posłuszeństwo. Bo siódme objawienie zostało zaadresowane nie tylko do samej Łucji. Orędzie fatimskie skierowane do całego świata wzywa też do uległości wobec decyzji Kościoła.

Wincenty Łaszewski

Źródło: [link widoczny dla zalogowanych], 13-14 października 2007 r.


Ostatnio zmieniony przez Łukasz L. dnia Nie 8:42, 24 Lut 2008, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Łukasz L.
Gość





PostWysłany: Wto 3:07, 19 Lut 2008    Temat postu:

Siostra Łucja wołała: "Daj mi grzesznika"


Otwiera się przed nami wielka księga życia duchowego Siostry Łucji. Nadszedł czas, by zacząć mówić o tym, co do dziś pozostawało głęboko ukryte. Przyszła chwila, kiedy możemy przyjrzeć się bliżej temu, jak Siostra Łucja żyła orędziem, które Bóg przede wszystkim przez nią zechciał przekazać światu. Pan uczynił ją pierwszą i najważniejszą wizjonerką Fatimy, "tubą" matczynego orędzia, przekazicielką wielu pouczeń Maryi i Jezusa, Ich upomnień, Ich wezwań, Ich błagań.

Czy nie powinniśmy spojrzeć na Siostry Łucję nie tylko jako na tę, która przekazuje nam orędzie Matki Najświętszej? Czy nie pora, by ujrzeć w niej osobę, która przyjąwszy do swego serca niebieskie orędzie, przede wszystkim sama zatrzymała je w swej duszy i starała się najdoskonalej nim żyć? To drugi wymiar świadectwa Siostry Łucji - wymiar, który trzeba dziś odkryć i przyjrzeć się mu uważnie. Pierwszy kustosz fatimskiego sanktuarium w Zakopanem mówił przed śmiercią, że "Siostra Łucja będzie ważna dla świata". Może myślał o tym, że nadszedł czas, aby drogę fatimską wskazywały nam nie tylko jej słowa, ale także jej życie?
Rzeczywiście, Kościół zaczyna dawać nam klucze do kolejnych duchowych komnat, w których Siostra Łucja spędziła 87 lat (tyle lat była człowiekiem fatimskiego orędzia). Historia nie zna wizjonera, który dłużej byłby na ziemi świadkiem tego, co za jego pośrednictwem Niebo przekazało ludzkości.
Rzućmy jeden, zaledwie pojedynczy błysk światła na jej ukryte życie, by dostrzec, że Siostra Łucja wiodła w ukryciu swej duszy życie naprawdę niezwykłe. Było to życie pełnią orędzia. Można rzec: dla siebie zachowała to, co było w tym orędziu najtrudniejsze. Czyż tak samo nie postąpili pozostali wizjonerzy: błogosławieni Franciszek i Hiacynta, których życie duchowe możemy dobrze poznać?
Skupmy naszą uwagę na pewnym dwustopniowym ślubie, jaki Siostra Łucja złożyła Bogu, gdy w świecie trwała druga wojna światowa.

Ślub doskonałości
Ślub doskonałości albo inaczej "ślub najdoskonalszy" to termin ukuty przez św. Teresę z Avila, która złożyła go pierwsza. Za jej przykładem poszło wielu - byli to nie tylko członkowie zakonów i zgromadzeń, ale też ludzie świeccy.
Ślub doskonałości to uroczyste zobowiązanie się przed Bogiem uczynienia wszystkiego, by praktykować cnoty w stopniu najdoskonalszym. W praktyce ślub ten wyglądał różnie co do podjętych środków. Dla jednych było to przyrzeczenie doskonałego zachowywania całej reguły zakonnej. Inni chcieli "czynić zawsze to, co w świetle Boga uważali za najdoskonalsze". Jeszcze inni ślubowali "zawsze myśleć, mówić i czynić to, co podoba się Matce Najświętszej i Najświętszemu Sercu". Jeszcze inni w wypowiadanej formule zobowiązywali się do "całkowitego zanegowania siebie".
Ślub doskonałości Siostra Łucja złożyła 26 sierpnia 1941 roku. Uczyniła to podczas Mszy Świętej i po przyjęciu Komunii Świętej. Wypowiedziała taką oto formułę:
"Przenajświętsza Trójco, Ojcze, Synu i Duchu Święty, mój Panie, mój Boże. Z pokorą leżąc krzyżem przed Twą Boską obecnością, w zjednoczeniu z Jezusem Chrystusem obecnym w moim biednym sercu przez Komunię Świętą, ufna w Twoją łaskę i w opiekę Niepokalanego Serca Maryi, mojej Matki, składam wieczysty ślub zachowywania z miłości do Ciebie, w sposób najdoskonalszy, w jaki potrafię, każdej z reguł, które wskazują mi na Twą Boską wolę w Instytucie, do którego należę. Pokornie wzywam Twój Boski Majestat, by zechciał przyjąć ten ślub i użyczył mi łaski wiernego wypełniania go".
Po wypowiedzeniu tych słów Siostra Łucja poświęciła się jeszcze Niepokalanemu Sercu Maryi:
"Leżąc krzyżem przed Twym Niepokalanym Sercem, o Najświętsza Dziewico, poświęcam Tobie, dziś i na zawsze, poświęcam moje biedne serce ze wszystkimi jego uczuciami, pragnieniami, smutkami i rozczarowaniami; poświęcam moją duszę ze wszystkim, co ją stanowi, i moje ciało z całą jego naturą. Słowem, cała jestem Twoja. Chroń mnie w Twym Niepokalanym Sercu jako swoją własność. Weź w swą matczyną opiekę zachowanie moich ślubów, moje plany oraz postanowienia i pozwól mi wypełnić je wiernie i z miłością. Pokładam swą ufność w Twym Matczynym Sercu. Bądź, jak obiecałaś, moją ucieczką w tym życiu i moją radością w niebie".

Pierwsze owoce
Z jesienią 1941 roku Siostra Łucja przestała prosić Maryję, by zabrała ją do Nieba. Przedtem nie ustawała w błaganiach, "by mogła ulecieć do nieba". Rok później pisała o swym nowym doświadczeniu: "Bóg tego nie chce. Ma nadzieję, że zdobędę je tutaj, by cieszyć się nim tam na wieki. Przez to, co mam osiągnąć w miłości, jestem więźniem Ziemi. A On żąda tak wiele!... Chce, by miłość doprowadziła mnie do całkowitego obumarcia dla siebie samej, do całkowitego niebycia. Ale kiedy to będzie? To tak strasznie wysoka drabina, a ja wciąż siedzę na pierwszym stopniu!".
Fatimska wizjonerka starała się wspinać po drabinie świętości, zachowując doskonale regułę zakonną, ale uważała, że - by walczyć ze swą słabością - powinna, za zgodą przełożonych, podjąć jeszcze inne postanowienia. Jej spowiednik ks. Goncalves sporządził listę jej umartwień:
"Na chwilę obecną (25 kwietnia 1941 roku) podejmuje ona następujące wyrzeczenia z błogosławieństwem płynącym z posłuszeństwa, pomimo swej słabości, chorób i postów: krzyż ściskający krtań, zawsze, dzień i w nocy; sznur powiązany w supły owinięty wokół bioder, trzy całe dni w tygodniu; wstawanie każdej nocy, przywdziewanie habitu i modlenie się krzyżem modlitwami Anioła; biczowanie się, dwa razy w tygodniu, odmawiając 'Miserere'; włosiennica, dwa razy w tygodniu, przez okres dwóch godzin; adoracja w kaplicy w każdy czwartek, do północy".
Niektóre z tych umartwień praktykowała już jako kilkunastoletnia dziewczyna. Wiemy na przykład, że kiedy wstąpiła do Sióstr Doroteuszek, "w postulacie odebrano jej dyscyplinę, którą biczowała się dotychczas i dano inną. Poprzednia miała ołowiane ostre zakończenia". Wiemy również, że "zabroniono jej też nosić sznur z supłami, który założyła na siebie, gdy miała dziesięć lat. W szkole nawet spała z tym pełnym supłów sznurem. Czasami rozcinał jej ciało do krwi". Sama Siostra Łucja dodała: "Przez jakiś czas dalej go trzymałam, ale w końcu go spaliłam. Bałam się, że ktoś go zobaczy".
Z chwilą, gdy związała się ślubem doskonałości, słabość ludzkiej natury jeszcze bardziej dała jej znać o sobie. Stąd wymienione wyżej umartwienia. Były także inne.
Joseph Martins Gomes Rodrigues wspomina: "Szukała umartwienia na wszelki sposób. Kiedy szła na farmę, zbierała pokrzywy i karała się nimi". Pewnego razu powiedziała, że "ukazała się jej znowu Matka Najświętsza, bardzo smutna, i powiedziała, że Jezus czuje się bardzo obrażony i prosi o ofiary wynagradzające". Znalazłszy jakieś kwiaty z dużymi cierniami, zerwała je i noc spędziła w łóżku wysypanym cierniami. Ale to było dla niej mało. Dlatego "rozsypała między prześcieradłami cukier, który pod wpływem ciepła jej ciała przykleił się do kolców, a te tak wbijały się w ciało, że rano Łucja była cała w ranach. Dostała gorączki, która nie pozwoliła jej wstać przez cały dzień. Zanim jednak odkryto przyczynę, nikomu nic nie mówiąc, zebrała wszystkie kolce i je spaliła".
Dodatkowo samo życie przysparzało jej wielu cierpień. Jak pisała: "Życie jest dla mnie czymś trudnym, bardzo trudnym. Tak jednak być musi, aż Bóg zdecyduje inaczej". W 1941 roku pisała do ks. bp. Manuela Marii Ferreiry da Silvy, że "znajduje się na polu wielkiej bitwy, gdzie jeśli się chce zwyciężyć, nie można nawet na chwilę odłożyć broni".
Ale dla niej było to wciąż za mało.
Przed Siostrą Łucją byli tacy, którym ślub doskonałości nie wystarczał. Ich pragnienie świętości, tęsknota za zjednoczeniem się z Bogiem i chęć podobania Mu się we wszystkich kazały im w każdą sobotę pościć o chlebie i wodzie dla uczczenia Maryi, od której piękna Bóg nie odrywa wzroku, czuwać każdą noc z czwartku na piątek, by w ten sposób jednoczyć się z osamotnionym Jezusem, zdradzonym i wyśmianym, przygotowującym się do swej zbawczej Męki. Byli tacy, którzy narzucali sobie najcięższe pokuty cielesne i szukali nieustających umartwień.

Wyższy stopień ślubu
Wiemy, że Siostra Łucja po złożeniu ślubu doskonałości nie prosi już o zabranie do Nieba. W dość pokaźnej korespondencji, jaka nastąpiła po cytowanym liście z 28 października 1941 roku, nie znajdujemy już ani jednej prośby, by Bóg zabrał ją z tego świata. Przeciwnie, wszystkie jej wysiłki biegną ku temu, aby uświadomić ludziom naglącą potrzebę modlitwy i pokuty w intencji grzeszników, by "wynagradzać za tak wiele, wiele grzechów, które ściągają na nas konieczność wielkiego, wielkiego zadośćuczynienia".
Wiemy, że Siostra Łucja naprawdę pragnęła doskonałości. To dlatego niebawem nie wystarczał jej ślub doskonałego zachowywania reguły zakonnej. Chciała czegoś więcej. Pragnienie jak najszybszego wspinania się ku wyżynom Nieba i nienasycone pragnienie zbawiania dusz kazało jej prosić biskupa o pozwolenie na rzecz zupełnie wyjątkową: na pogłębienie ślubu doskonałości przez oddanie się Bogu jako "żertwa ekspiacyjna". Siostra Łucja miała nieustającą świadomość tego, że współczesne grzechy Portugalii i całej Europy domagają się "wielkiego, wielkiego zadośćuczynienia". Chciała więc zadośćuczynić i to tak doskonale, by zdołała uratować świat!
Pisała 18 grudnia 1941 roku do hiszpańskiego biskupa Manuela Marii Ferreiry da Silvy, na terenie którego diecezji wówczas mieszkała: "Motyw, który natchnął mnie, by prosić o pozwolenie na taką ofiarę, to pragnienie uśmierzenia Boskiej Sprawiedliwości, tak nieszczęśliwej z powodu grzesznego życia, jakie prowadzi większość ludu portugalskiego i cała Europa, i by zobaczyć, jak ludzie otrzymają od Boskiej Sprawiedliwości łaskę Pokoju i Miłosierdzia zamiast oczyszczenia, jakie prowokują przez swą niewdzięczną odpowiedź na tak wiele łask".
Dla fatimskiej wizjonerki nie były to tylko słowa. Siostra Łucja doskonale zdawała sobie sprawę z konsekwencji tego aktu. 8 lutego 1942 roku pisała: "Do dziś wciąż rozmyślam i modlę się, jak prosiła mnie Wasza Ekscelencja. Przed oczami przeszło mi wszystko, o co może mnie prosić nasz Pan. Czuję się gotowa na wszystko". Dodała jednak, że dwie rzeczy napawają ją lękiem. Uważała to za swą słabość i brak wielkoduszności, ale bała się, że kiedy złoży się Bogu na całopalną ofiarę, Ten dopuści, by "została poddana jakieś diabelskiemu działaniu". Siostra Łucja, która wciąż miała w oczach wizję piekła z lipca 1917 roku, bała się, że może zostać opętana przez szatana. Lękiem przepełniała ją też myśl, że może stracić rozum.
Mimo wszystko była gotowa nawet na takie cierpienie, była bowiem przekonana, że oto sam Bóg prosi ją o stanie się żertwą ekspiacyjną za grzechy świata. "Jeśli Pan prosi mnie o taki akt, to nie mogę odmówić. Będę w ten sposób pełniej zjednoczona z Jego Krzyżem, a przez to ocalę więcej dusz i uratuję naszą biedną Portugalię od grożących jej udręk i oczyszczenia" - pisała w jednym z listów.
Kiedy biskup, któremu podlegała Siostra Łucja, wyraził zgodę na tak niecodzienny akt, na dzień złożenia siebie w ofierze wizjonerka wyznaczyła datę 17 lutego 1942 roku. Pod tą datą obchodzono Dzień Karnawału, kiedy "świat tak bardzo odsuwa się od Boga". Siostra Łucja postanowiła: "Mam nadzieję, że uda mi się spędzić trochę czasu przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Ufam, że ta chwila będzie się podobać Bogu".
Spalał ją ogień miłości do Boga i do dusz. I nie było to tylko pragnienie. Siostra Łucja chciała, by ten ogień rzeczywiście ją spalił. I z dniem 17 lutego 1942 roku jej życie uległo niewidocznej dla ludzi zmianie. Pisała: "Akt został dokonany i cieszę się, widząc, że Jezus nie zapomina mnie oczyszczać i spalać w cierpieniu".
Była wierna temu ślubowi. Wyznała kiedyś: "Mogę powiedzieć, że nigdy nie powiedziałam świadomie 'nie', pomimo swej słabości i nędzy. Czuję, że żyję w Bogu i to On dokonuje tego wszystkiego".

Cierpienie w zamian za grzesznika
Jakie to były cierpienia? Tego nie wiemy. Raz wspomniała, że Pan zażądał od niej "czegoś, co było bardzo trudne dla jej natury". Wiemy jednak, jak reagowała na cierpienia, które Bóg jej zsyłał: "Nawet mimo niedoskonałości, jaka jest cechą mojej natury, złożyłam to Bogu w ofierze, prosząc, by w zamian za to cierpienie dał mi duszę jakiegoś grzesznika".
W cierpieniu towarzyszyła jej radość, że może ocalić od śmierci wiecznej kolejnych grzeszników: "Poprosiłam, bym mogła ofiarować siebie jako żertwę, obiecując nigdy w niczym Mu się nie przeciwstawiać, ofiarowując się w każdy sposób, o jaki On mnie poprosi - dla zbawienia dusz".
Siostra Łucja wiedziała, że cierpienie może mieć wielką wartość. Ale nie musi. Otrzymywała wiele listów, z których dowiadywała się o "ogromie bólu, w którym żyje ludzkość". Czytając je, bolała z powodu tych cierpień, ale nie tylko dlatego że na świecie jest tyle nieszczęścia. Był ważniejszy powód: to cierpienie było marnotrawione. "Jak wielkim bólem napełnia mnie myśl o tylu cierpieniach znoszonych bez zasługi" - wyznawała wizjonerka.

Znak dla świata
Orędzie fatimskie to wielka księga, ale nie każdy jej rozdział jest przeznaczony dla każdego z czytających jej strony. Z Fatimą jest tak jak z działaniem Bożym w wizjonerach, kiedy stawała przez nimi Maryja, niosąc swe naglące orędzie. Franciszek widział Niebieską Wysłanniczkę, ale w ogóle Jej nie słyszał, Hiacynta widziała Matkę Bożą i słyszała Jej słowa, nie wszystko jednak była w stanie zrozumieć, Łucja zaś widziała, słyszała, rozumiała. Czy podobnie nie jest z nami? Zaledwie dla kilku z nas Bóg przeznaczył łaskę zrozumienia wszystkiego i wejścia na tę drogę, którą opisują najtrudniejsze rozdziały fatimskiej księgi. Inni mają żyć tym, co pojęli z przesłania z Fatimy. Mają odmawiać Różaniec, by wypraszać pokój, oddać się w opiekę Niepokalanemu Sercu Maryi, by schronić się przez złem, praktykować pierwsze soboty, by ratować grzeszników. Do tych zadań dochodzi dziś jeszcze jedno: jeśli przychodzi cierpienie, trzeba umieć je wykorzystać, by ratować świat! Kto wejdzie na tę drogę, pozna radość, jaka towarzyszy cierpieniu, w którym jest obecny Bóg. Siostra Łucja tłumaczy każdemu z nas: "Trzeba umierać w życiu, by żyć w śmierci"; "Kiedy wiesz, jak cierpieć z miłości, dobrze jest dźwigać krzyż!"; "Bóg jest dobry! On wyniszcza przez ofiarę, ale pociesza Łaską i Miłością".

Wincenty Łaszewski

Źródło: [link widoczny dla zalogowanych], 13-14 października 2007 r.


Ostatnio zmieniony przez Łukasz L. dnia Nie 8:42, 24 Lut 2008, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Łukasz L.
Gość





PostWysłany: Wto 3:08, 19 Lut 2008    Temat postu:

Inne cuda słońca


Cud słońca w Fatimie był początkiem wielu podobnych zjawisk oglądanych na niebie w wielu miejscach ziemskiego globu.

Odnotujmy najwcześniejsze oraz najbardziej znane spośród setek udokumentowanych nadprzyrodzonych fenomenów związanych z tańcem słońca.

Cud w Torres Novas
Drugi taniec słońca miał miejsce niedaleko Fatimy. 20 października 1917 r., o szóstej wieczorem, biskup diecezji Portalegre i pani Maria de Jesus Raposo widzieli w Torres Novas wirowanie słońca i zmianę kolorów jego tarczy. Była to jednak manifestacja inna niż tydzień wcześniej i nie tak doniosła. Pisał o tym w jednym z listów Gon?alo de Almeida Garret, profesor uniwersytetu w Coimbra.

Jeszcze raz Fatima
Trzeci cud słoneczny miał miejsce w samej Fatimie, 13 czerwca 1920 r. Czytamy w liście G.F. Santos: "Muszę powiedzieć, że udałam się do Fatimy trzynastego tego miesiąca. Ponieważ nie było żadnego prześladowania, postanowiłam, co następuje: uczestniczyć we Mszy świętej i wysłuchać kazania w odpust św. Antoniego. Później zdecydowałam się zabrać na miejsce objawień figurę Matki Bożej i tam ją wystawić do adoracji.
Kiedy stanęłam przed drzwiami małej kaplicy, była godzina 15.30 oficjalnego czasu. Co ważne: poprosiłam ludzi, by zdjęli kapelusze, bo miejsce już było poświęcone.
Mówiłam, w tym samym momencie ludzie krzycząc padli na kolana. Modlili się głośno. Z podniesionymi rękami wołali o przebaczenie, byli bowiem świadkami tego samego cudu słońca, co 13 października 1917 roku. W tym samym czasie, kiedy i ja byłam świadkiem tego zjawiska, zauważyłam, że stojąca przede mną figura zaczęła jaśnieć przeźroczystym, żółtym światłem. Uznałam, że pochodzi ono z nieba.
Oblicze figury zostało całkowicie przemienione (skutek owego światła). Stałam przy ścianie, poprawiając papier, którym była owinięta skrzynia.
Widząc po raz drugi taki cud, uklękłam przed figurą prosząc o przebaczenie, później jednak musiałam wstać, by poprawić niebieski papier pokrywający skrzynię, co dawało jej piękny wygląd: całość niebieska, a figura biała.
Następnie, posługując się świecą, zapaliłam cztery inne świece. Ta pierwsza miała normalny płomień, a kiedy zapaliłam nią cztery świece, te paliły się na czerwono, czerwienią, jaką palą się sztuczne ognie. Świeca użyta do zapalania dalej świeciła się normalnym płomieniem.
Następnie umieściłam ją w bukiecie kwiatów i ta natychmiast zaczęła palić się na czerwono jak pozostałe cztery. Ludzie krzyknęli: 'Spójrzcie na świece!', 'Spójrzcie na świece!'.
Potem uklękłam przed figurą i odmówiłam różaniec, a wszyscy przyłączyli się do modlitwy. Podczas odmawiania różańca niektóre świece zostały zdmuchnięte przez wiatr. Zapalone ponownie, paliły się na różowo. Kiedy skończyliśmy różaniec, fenomen słoneczny ustał, figura utraciła swój blask, a świece zaczęły palić się normalnym płomieniem. Niech Bóg będzie błogosławiony".

Ghiaie di Bonate
Podczas objawień w Fatimie "cud słońca" zdarzył się raz, a oglądało go siedemdziesiąt tysięcy ludzi. W czasie objawień we włoskim Bonate (1944 r.) wydarzył się on sześciokrotnie, a jego świadkami było w sumie ponad milion osób.
Pierwszy miał miejsce 20 maja. Pod przysięgą opisała go niejaka doktor Eliana Maggi. "Tamta sobota była deszczowa. Na początku objawienia nad głową dziecka [wizjonerki Adelajdy Roncalli] ukazał się promień słońca. Podniosłam oczy ku niebu i ujrzałam przejaśnienie na niebie na kształt krzyża. Przez minutę, może dwie z nieba spadał deszcz składający się ze złotych i srebrnych punkcików. Wszyscy mówili o cudzie". Z kolei ks. Luigi Cortesi pisał: "Ktoś dostrzegł dziwny strumień światła spadający na dziecko i odbijający się na najbliższych twarzach. Inni zauważyli, że słońce przybrało postać krzyża. Jeszcze inni, że tarcza słoneczna kręciła się, tworząc pierścień nie większy niż pół metra. W niższych pokładach atmosfery niektórzy ludzie widzieli deszcz złotych gwiazd i małe żółte obłoczki w kształcie pierścieni, tak gęstych i bliskich ziemi, że byli tacy, którzy próbowali je złapać. Na dłoniach i twarzach pojawiały się różne kolory, wśród których przeważał żółty. Można też było zobaczyć, że czyjeś ręce świecą fluorescencyjnym światłem".
W dniu 21 maja miało miejsce kolejne zjawisko słoneczne. Świadkowie zeznali: "Około godziny szóstej słońce wyszło zza chmur, wirując i wyrzucając z siebie na wszystkie strony promienie żółte, zielone, czerwone, niebieskie, fioletowe. Barwiły one chmury, pola, drzewa i rzesze ludzkie. Po kilku minutach słońce zatrzymało się, by za chwilę powtórzyć niezwykły spektakl. Wielu widziało, że tarcza słoneczna stała się biała jak Hostia, a chmury zdawały się opadać na ludzi. Byli tacy, którzy widzieli na niebie różaniec, inni dostrzegli Panią pełną majestatu z suknią sięgającą ziemi. Jeszcze inni widzieli na słońcu rysy twarzy Matki Najświętszej".
Te cudowne zjawiska były widoczne nie tylko w samym Bonate, ale i w innych miejscach, np. w Tavernola czy w Bergamo, gdzie wielu ludzi widziało słońce, "jak blednie i na wszystkie strony wyrzuca z siebie tęczę barw. Obserwowano też szeroki żółty promień światła spadający na Ghiaie... Widząc te niezwykłe zjawiska, ludzie wybiegali na ulice".

Cuda na Watykanie
Cud słońca powtórzył się również na Watykanie. W 1950 roku Pius XII czterokrotnie zobaczył cud słońca. Sam złożył o tym następujące świadectwo: "Było to 30 października 1950 r., na dwa dni przed uroczystym ogłoszeniem dogmatu o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny, w dniu oczekiwanym z niepokojem przez cały świat katolicki. Około godziny szesnastej odbywałem codzienny spacer w ogrodach watykańskich. Czytałem i analizowałem, jak zwykle, rozmaite dokumenty urzędowe. Szedłem z Placu Matki Bożej z Lourdes aleją wzdłuż muru na szczyt wzgórza. Kiedy w pewnym momencie podniosłem wzrok znad kartek, które trzymałem w rękach, zostałem oczarowany zjawiskiem, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Słońce, które znajdowało się jeszcze dosyć wysoko na niebie, wyglądało jak bladożółta kula, opasana świetlistym kręgiem, co jednak w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało mi na nie normalnie patrzeć. Z przodu unosiła się nieduża chmurka. Matowa kula lekko się poruszała, to obracając się wokoło, to przemieszczając się z prawa na lewo i z powrotem. Ale wewnątrz kuli widać było całkiem wyraźnie i bez przerwy bardzo silne ruchy. To samo zjawisko powtórzyło się następnego dnia, 31 października, i 1 listopada, w dniu ogłoszenia dogmatu, jak również 8 listopada, w oktawę tejże uroczystości. Od tego dnia już więcej się to nie zdarzyło. Później wiele razy próbowałem, zawsze o tej samej porze i w takich samych lub podobnych warunkach atmosferycznych, kierować wzrok na słońce, aby zobaczyć, czy nastąpi to samo zjawisko, ale daremnie. Nie mogłem ani przez chwilę patrzeć na słonce, gdyż zaraz mnie oślepiało. Jest to, mówiąc krótko i prosto, czysta prawda".

Betania
Cud słońca odnotowano m.in. w czasie jednego z objawień Matki Bożej w wenezuelskiej Betanii (objawienia uznane przez Kościół w 1987 r.). Kiedy uboga okoliczna ludność przybyła w dniu Zwiastowania w 1978 r. na farmę Finca Betania, Maryja, objawiając się Marii Esperanzy Madrano, rozpostarła ręce, z których wytrysnęły promienie światła. "Pobiegły one prosto na nas - opowiadała wizjonerka - kąpiąc nas w świetle w taki sposób, że Nasira Mistaje krzyknęła: 'Wszystko się pali!'. Rzeczywiście, wyglądało to tak, jakby płonęła cała okolica. Było to piękne. Słońce zaczęło obracać się wokół osi. Ludzie krzyczeli z zachwytu".
Nie trzeba dodawać, że przytoczyliśmy tylko garść z kilkuset świadectw mówiących o cudzie słońca pojawiającym się w wielu rejonach świata, przede wszystkim nad miejscami współczesnych objawień Maryjnych.

Wincenty Łaszewski

Źródło: [link widoczny dla zalogowanych], 13-14 października 2007 r.


Ostatnio zmieniony przez Łukasz L. dnia Nie 8:41, 24 Lut 2008, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Forum przeniesione na http://mprm.nazwa.pl/ Strona Główna -> Czytelnia Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin